Wpisz w wyszukiwarkę nazwę poznańskiej ulicy, a my pokażemy Ci jej historię.

Adres: marszałkowska

Dopasowany fragment

Po godzinie spot- kali się w Parkn Ujazdowskim, skąd udal się na ul. Marszałkowską, obok dworca, z zamiarem pójścia do kina.

Transkrypcja

Mikołaj Lebed, przesłuchany w dn. 2, 10, 22, 24, 25 sierpnia 1934 r., przyznał się do autentycznego nazwiska, i wyjaśnił co następuje: Ponieważ w październiku 1932 r. policja wpadła na trop sprowadzania o rozruchach na Wołyniu, przestanego za sprawą Lebeda pod adresem jednego z jego sąsiadów w Strzeliskach Nowych, sąsiad zaś obciążył Lebeda wobec policji, przeto Lebed, obawiając się represyj, ukrył się we Lwowie (gdzie mieszkał z kolegą Aleksandrem Sokiłem), poczem w kwietniu 1933 r., przekradł się przez granicę karpacką do Czechosłowacji, i zamieszkał w Prudze, a następnie w jej okolicy. W sierpniu 1933 r. powrócił potajemnie do Polski, aby spotkać się z rodzicami. Dowiedział się od nich, że w dalszym ciągu jest poszukiwany, wobec czego powrócił do Czech i zamieszkał pod Pragą do grudnia 1933 r. W tym czasie władze czeskie rozpoczęły aresztowania Ukraińców i gospodarz wymówił mu mieszkanie. Wówczas usiłował przekraść się do Niemiec, lecz po przejściu granicy został zatrzymany przez policję niemiecką i skazany na 8 dni aresztu. Po odbyciu kary, wydalony spowrotem do Czechosłowacji, usiłował, za pośrednictwem kolegów Ukraińców, wyrobić sobie dokumenty, gdy jednak okazało się to niemożliwe, za ich radą postanowił przedostać się do Gdańska, gdzie spodziewał się uzyskać dowody osobiste i spokojne mieszkanie. W tej myśli, w kwietniu 1934 przeszedł z Czech do Polski z zamiarem udania się do Gdańska. Początkowo mieszkał w Karpatach u pewnego górala, którego nie chce wskazać. Następnie w dniach 4—5 maja wyjechał do Lwowa, gdzie znów ukrywał się do dn. 8 maja. Kolega poradził mu, żeby 'doczekał „Święta morza“, gdyż łatwiej mu będzie dostać się do Gdańska przy sposobności masowych wycieczek urządzanych do Gdyni. Pobył jeszcze kilka dni w okolicach Lwowa, gdzie spotkał się ze swoją narzeczoną, poczem, w porozumieniu z nią, wyjechał do Warszawy, dokąd przybył w dniu 15 maja; następnego dnia, t. j. 16 maja przyjechała do Warszawy narzeczona. W Warszawie nigdy przedtem nie był. Pytany o nazwisko kolegi, z którym się widział we Lwowie, o miejsca w których się ukrywał, i nade- wszystko o nazwisko narzeczonej: Lebed odmówił odpowiedzi. Co się tyczy pobytu w Warszawie, Lebed wyjaśnił, że bawił w niej do dnia 15 czerwca wieczorem i tegoż właśnie dnia, po śmierci ministra Pierackiego, wyjechał, razem ze swą narzeczoną, nocnym pociągiem do Gdyni. W Warszawie mieszkał przez ten miesiąc wyłącznie w tym celu, aby doczekać okazji przedostania się do Gdańska, narzeczona zaś przybyła do Warszawy wyłącznie na jego prośbę i aby mu towarzyszyć. Lebed potwierdził, że mieszkał u Kaszerowej pod nazwiskiem Swaryczewskiego, i wyjaśnił, że zaświadczenie wojskowe na to nazwisko kupił we Lwowie w dniu 8 maja, za 5 zł od nieznanego mężczyzny. Zarazem potwierdził, że narzeczona jego mieszkała przy ul. Służewskiej pod nazwiskiem Kwicińskiej i zapisana była w czytelni pod nazwiskiem Zarzeckiej, które to oba nazwiska są fałszywe. Narzeczona występowała pod fikcyjnym nazwiskiem z tego względu, aby ewentualnie nie naprowadzić policję na ślad Lebeda. W czasie pobytu w Warszawie, Lebed i jego narzeczona nie utrzymywali stosunków. W dalszym ciągu Lebed sprostował jednak to twierdzenie, wyjaśniając, że z początkiem czerwca widywał go pewien nieznany mężczyzna, którego Lebed nie zna. Mężczyznę tego skierowała do Lebeda narzeczona Lebeda, gdyż nie chciała przed tym znajomym ujawnić, że zapisana jest pod innym nazwiskiem. Zdaje się ten mężczyzna był u Lebeda dwa razy, gdyż raz Lebed nie zastał. Mężczyzna ten przyniósł paczkę (następnie Lebed prosił ją wyjąć), wyjaśnił, że jedną paczkę (lecz walizkę bądź teczkę) z dwiema sukienkami, jedną białą i jedną kolorową. Lebed zatrzymał tego mężczyznę u siebie w domu, sam zaś sprowadził narzeczoną; po odebraniu przesyłki oboje wyszli z ulicy. Więcej mężczyzny tego Lebed nie widział. W dalszym ciągu, Lebed dodał jednak, że być może mężczyzna tego widział jeszcze po raz wtóry, ale szczegółów nie pamięta. Mieszkając u Kaszerowej Lebed otrzymał dwa listy, a jak potem twierdził – jeden list ze Lwowa, od swojego „towarzysza”, listy te tyczyły sprawy uzyskania dowodów osobistych. Prócz tej korespondencji, Lebed zniszczył – otrzymał od tegoż znajomego gazetę „Nowyj Czas” ze Lwowa, mianowicie numer z Zielonych Świąt. Lebed wyjaśnił, że sam ani razu z Warszawy nie pisał, następnie sprostował to, stwierdzając, że do znajomego tego przesłał kartkę ze swoim adresem. Lebed przyznał, że w ciągu pobytu w Warszawie był w Krakowie, w dzień poprzedzający święto Bożego Ciała (święto to przypadało na dzień 31 maja). Drogę w obie strony odbył porą nocną. Wybrał się do Krakowa, ażeby się dowiedzieć czy może tam mieszkać bez dowodu osobistego. W Krakowie nikogo nie znał, lecz ów towarzysz ze Lwowa wskazał mu pewnego Ukraińca, mieszkającego w Krakowie. Ukraińca tego Lebed odwiedził, nie pewnie jednak jego nazwiska i adresu. Interesu swojego nie załatwił, gdyż ów student ukraiński poinformował go, że nie może ułatwić zamieszkania bez dokumentów. Jakkolwiek kolegę tego Lebed odwiedził już rano, pozostał do wieczora w Krakowie, pytany zaś gdzie przez cały ten czas bawił, nie umiał dać wyczerpujących odpowiedzi. Na pytanie oświadczył Lebed, że nie zna Karpynca i Kłymyszyna, ponadto przyznał, że w Krakowie ubrany był w jasno-zielonkawy garnitur, być może z krótkimi spodniami, że miał ze sobą płaszcz esoratowy czarny i teczkę skórzaną. Na pytanie jak spędził ostatni dzień swego pobytu w Warszawie, t. j. 15 czerwca, Lebed wyjaśnił, że narzeczoną spotkał koło południa, poczem spacerował z nią w ogrodzie Saskim do godziny 14. Następnie oboje zjedli obiad w mleczarni Agril przy ul. Nowy Świat i wrócili – każde do siebie kol. 15. Po godzinie spotkali się w Parku Ujazdowskim, skąd udał się na ul. Marszałkowską, obok dworca, z zamiarem pójścia do kina. Po drodze około godz. 17.30, z dodatków nadzwyczajnych dowiedzieli się o zabójstwie ministra Pierackiego, wobec czego do kina nie poszli i po krótkiej przechadzce, koło godz. 19-ej wrócili do domu. Jak wygląda konstrukcja wykreślnych zeznań Lebeda, nie przyznającego się do zbrodni Godz. 20 Lebeda odmówił wskazania mieszkania, gdzie się ukrywali. Żona Lebeda odmówiła odpowiedzi. Po kilku dniach Stauntd Lebeda odmówił zeznań, twierdząc, że nic więcej nie wie. Na podstawie powyższych zeznań sporządzone zostały dwa protokóły. Jeden był podpisany przez Lebeda i jego żonę, drugi przez Lebeda i jego adwokata. W dniu 20 czerwca Lebeda odmówił dalszych zeznań, twierdząc, że nic więcej nie wie. Na zapytanie, czy Lebed chciał wyjechać do Anglji, Lebed odmówił odpowiedzi. Po zeznaniach Lebedy i jego żony prokurator zarządził rewizję ich mieszkania, która ujawniła tylko kilka drobiazgów, nic znaczącego dla sprawy. charakter twarzy. W związku z powyższemi wyjaśnieniami wnera zbadaniem Luby Jarmołynkówny stwierdzono, że Ewa Kwicińska, wśród swojej garderoby, miała białą suknię, i że nie jest prawda jakoby Kwicińska w dniu swego zniknięcia, powracała jeszcze do pokoju późniejszem popołudniem z Łodzi w porze wieczorowej. Zarazem świadek Glicensteinowa kategorycznie przeczyła, jakoby w czasie rozmowy telefonicznej, którą istotnie prowadziła – wymienione słowo „Ukraińcy”, gdyż zresztą przypuszczenie takie nie przyszło jej w ogóle na myśl. Uwzględniając powyższe, a zwłaszcza biorąc pod uwagę, niewątpliwe utożsamienie Maciejki z Olszańskim – którego wygląd świadkowie zdołali zapamiętać o wiele spokojniej i dokładniej, sędzia śledczy prowadzący śledztwo w tej sprawie, zarządził w październiku 1934 r. poszukiwania Maciejki, tembardziej, że nadeszłe w międzyczasie konfidencjonalne informacje Urzędu Śledczego we Lwowie wyraźnie już określiły go jako zabójcę Ministra Pierackiego. Poszukiwania, wszczęte z udziałem policji państwowej, straży granicznej i Korpusu Ochrony Pogranicza, nie dały wszakże rezultatu; zresztą wspomniana informacja konfidencjonalna wzmiankowała, że Maciejko prawdopodobnie zdołał już przekraść się zagranicę – i przypuszczenie to znalazło następnie konkretne potwierdzenie. Tymczasem nieprzerwanie kontynuowane były poszukiwania i wywiady co do pozostałych współsprawców zbrodni. W wrześniu 1934 r. Urząd Śledczy we Lwowie przekazał świeżo uzyskane informacje, że zabójca ministra Pierackiego, uciekając z Warszawy, zatrzymał się na jakiś czas w Lublinie, gdzie nocował w domu Nr. 10 m. 1 przy ul. Wesołej u niejakiego Czornija, oraz że Mikołaj Lebed przebywał w Warszawie już raz, mianowicie w r. 1933, używając wówczas nazwiska „Dacko“ i mieszkając przy ul. Złotej. Obie powyższe wiadomości okazały się zgodne z prawdą. Co do schronienia uzyskanego przez zabójcę w Lublinie, stwierdzono, że istotnie, pod wskazanym adresem mieszka w Lublinie student tamtejszego uniwersytetu Jakób Czornij, wyznania gr.-kat., który w czerwcu 1934 r. przebywał w tem mieszkaniu do dn. 21. Mieszkanie to należy do Franciszka Maciejewskiego, post. P. P. i podnajmowane jest kilku studentom Ukraińcom. Przesłuchana w charakterze świadka żona wspomnianego Franciszka Maciejewskiego, Katarzyna Maciejewska, zeznała, że w drugiej połowie czerwca w dniu, w którym Czornij odprowadzał na dworzec wyjeżdżającego z Lublina na wakacje jednego z współlokatorów, Buraka, bądź Hoisaka, późnym wieczorem, po godz. 22 przybył do jej domu samochodem jakiś mężczyzna, średniego wzrostu, wieku lat dwudziestu kilku, z falującymi, do góry zaczesanymi i dość ciemnymi włosami, z opaloną twarzą. Na głowie miał beret. Ubranie jego Maciejewska opisała, identycznie jak świadkowie z ul. Wolskiej w Warszawie: – szare, kratkowane. Przybyły nie miał z sobą walizki ani nawet teczki; nie miał też płaszcza. Zapytana Maciejewska, czy mieszka u niej Czornij, i dowiedziawszy się, że go chwilowo niema, prosiła – aby mu zezwoliła poczekać na jego powrót – na co Maciejewska przystała wprowadzając gościa do pokoju Czornija. Zaabonuj DZIENNIK PORANNY a będziesz miał najświeższe wiadomości z całego świata prenumerata miesięczna zł 1.75 z odniesieniem do domu KLASYCZNI ŚWIADKOWIE ROZPOZNAJĄ ŁEBEDA W toku dalszego śledztwa, przesłuchany został Adam Koczyk, z zawodu szofer taksówki, poprzednio przodownik P.P. Koczyk zeznał, że w dniu zabójstwa, między godz. 12 a 16.30, gdy stał na postoju taksówek na rogu ul. Solec i al. 3 maja, podszedł do niego młody mężczyzna i wziął kurs na ul. Tamki 44. Po zapłaceniu należności oparł się, z widocznym zdenerwowaniem, o drzwiczki samochodu i niecierpliwie spoglądał z okna na schodki, prowadzące w tem miejscu (tj. na przeciwko domu Nr. 44, przy ul. Tamka) na Lebeda. W związku z tym zeznaniem Koczyk poznał w nim, z zeznań zupełnego pasażera z dn. 15 czerwca. Po ustaleniu, dokonane zostały oględziny miejsca, przylegającego od strony Wisły i ucieczki. Oględziny wykazały, że sprawca zbiegł, jak wykazano, ulicami Czerniaka, Szczyglą i Okólnik – mógł być i że jeszcze inne trasy ucieczki, mianowicie z domu Nr. 3 przy ul. Foksal nie w lewo tylko do ogrodu Zamoyskich, wszystkich trudności przez ogród Św. Krzyża na teren szpitala Czerwonego Krzyża, skąd zszedł na ul. Solec – tam właśnie, gdzie taksówki pasażer Koczyka, Zarazem z ul. Czerniaka Nr. 44 przy ul. Tamka znajdują się, prowadzące w górę na ul. Ordynacką. Z powyższego wynika, że bezpośrednio po zabójstwie, Lebed, wbrew swoim wyjaśnieniom, był w dwóch miejscach, przez które zabójca według wszelkich danych mógł był uciec. Wobec stwierdzenia przez świadka Jerzego Wickiego, sekretarza ministra Pierackiego, że minister często i o jednej przeważnie porze, w kawiarni Europejskiej, – przeprowadzono wywiad połączony z okazaniem fotografii Lebeda. W rezultacie stwierdzono, że na wiosnę w tej kawiarni widziano kilkanaście razy i to w tych godzinach, kiedy ją odwiedzał minister Pieracki. Po śmierci ministra, Lebed nie był już w niej ani razu. Ponadto świadek Stanisław Trzeński posłużył się by P. P. rozpoznał Lebeda jako tego, którego poprzednio widział w maju bądź czerwcu 1934 r., na bruku w Śródmieściu opodal gmachu Ministerstwa Wewnętrznych, Lebed przez dłuższą chwilę przyglądał się fotografiom wystawionym w oknie sklepu zwanego Kurjera Codziennego, to znów, z grupą z nim stał na chodniku koło gmachu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Mikołaj Lebed, przesłuchany w dn. 20 września 1934 r., o udziale w tym charakterze pomocy do zabicia Min. Pierackiego nie przyznał się do zarzucanych mu przestępstw, jednakże potwierdził swoje uprzednie zeznania, i odmówił udzielenia dalszych wyjaśnień. PIERWSZA WIADOMOŚĆ O GRZEGORZU MACIEJCE JAKÓB CZORNIJ Kiedy Czornij powrócił i zastał gościa u siebie, po krótkiej z nim rozmowie poprosił Maciejewską o zezwolenie na udzielenie noclegu i wyjaśnił, że jest to pewien nauczyciel – nazwiska nie wymienił – bawiący w Lublinie, przejazdem. Wobec zgody Maciejewskiej, nieznajomy przenocował u Czorniego w jego pokoju, nazajutrz zaś rano wyszedł razem z Czornim i więcej już nie powrócił. Zapłaty za ów nocleg Maciejewska nie przyjęła. W jakiś czas potem, gdy Maciejewska napomknęła Czornijowi, że ów gość przybył samochodem, Czornij obruszył się, że przyszedł do niego zamiast nocować w hotelu; Czornij dodał przy tym, że właściwie wcale tego nauczyciela nie zna. Przesłuchana w toku śledztwa. Jakób Czornij, potwierdził na ogół informacje Maciejewskiej dodając, że owego wieczoru – mogło to być 16 do 17 czerwca – odprowadzał na dworzec swego kolegę, Buraka. Przybyłego mężczyzny wcale nie znał i nie spodziewał się zastać. Witając się, przybyły wymienił swe nazwisko lecz niewyraźnie, i wyjaśnił ogólnie, że jest nauczycielem gdzieś pod Lublinem i obecnie wraca w okolicę Lwowa. Czornij przyjął go na noc. lecz wcale z nim nie rozmawiał, nazajutrz zaś bynajmniej go nie odprowadził. przeciwnie, został jeszcze w łóżku, gdy ów gość pożegnał się i wyszedł. Co do wyglądu owego nieznajomego, Czornij określił go jako wysokiego, szczupłego szatyna, z gęstymi, do góry czesanymi włosami, dodał jednak, że rysy jego zapamiętał tak słabo, iż mógłby go nie rozpoznać. Jak ów przybysz był ubrany, tego Czornij również dobrze nie zauważył, i np. nie wie, czy miał jakiekolwiek nakrycie głowy. DALSZY CIĄG PROCESU DZISIAJ O GODZ. 10 RANO Na rozprawę wezwano 144 świadków Warszawa. O godz. 12.30 sąd zarządził 40-minutową przerwę. Dotychczas odczytano 20 stron aktu oskarżenia, liczącego ogółem 102 strony. Po przerwie o godz. 13.55 sąd przystąpił do dalszego odczytania aktu oskarżenia. Na mocy języka ukraińskiego. W ciągu rozprawy popołudniowej odczytano ogółem 44 strony aktu oskarżenia. Dotyczące bezpośredniego zabójstwa i wierności aktu oskarżenia odczytywanie jego nie mogło być zakończone na jednym posiedzeniu sądu, wobec czego dalszy ciąg odczytywania nastąpi w dniu dzisiejszym. O godzinie 15.30 przewodniczący sądu zarządził przerwę do wtorku, do godziny 10-ej rano. Na rozprawę bowiem wezwanych zostało 144 świadków oskarżenia, z których 6 błędnych, mianowicie: prof. Grzywo-Dąbrowski, dr. Franciszek Ignatowski, Leon Jarosławski i Antoni Sendur. Poza tym oskarżona Zarycka zgłosiła jednego świadka, a oskarżeni Lebed i Rak – 2 osoby. Ciąg dalszy aktu oskarżenia będziemy zamieszczali w miarę odczytywania na rozprawie.