Dopasowany fragment
Foksal oraz dwie na ul. Kopernika na odcinku od ul. Fóksa! da ul. Szczyglej.
Transkrypcja
PIERWSZE WYNIKI DROBIAZGOWYCH BADAŃ EKSPERTÓW Ustalanie identyczności zamachowca – Orzeczenia znawców pirotechniki Jak ustaliły badania, natychmiast po zbrodni podjęte w lokalu Klubu Towarzyskiego, sprawca dał do ministra Pierackiego 3 strzały. Stwierdzają to zgodnie świadkowie Adam Dawda, Jan Dadas i Stanisław Kuśmierski, którzy w tym czasie znajdowali się w ogrodzie klubu. Ponadto, prócz pocisku wyjętego z głowy ministra Pierackiego, znaleziono w hallu dwa identyczne pociski: jeden z nich tkwił w prawej framudze drzwi wejściowych z hallu do szatni Klubu, na wysokości 1,60 mm, (był to niezawodnie pocisk, który przebił muszlę uszną Ministra), drugi wyjęto z podłogi szatni, naprzeciw drzwi z hallu, w odległości 2 m. od nich. W hallu znaleziono również 3 łuski, odpowiadające pociskom wyżej wspomnianym. Prócz tego, post. sł. Karol Bartel znalazł jeden pocisk na rogu ul. Kopernika i Szczyglej, wreszcie piąty pocisk wyjęto z przedramienia post. Obrzelskiego, który, jak się okazało, odniósł ciężkie uszkodzenie ciała. Ponadto znaleziono 4 łuski tego samego co pociski kalibru, mianowicie dwie na ul. Foksal oraz dwie na ul. Kopernika na odcinku od ul. Foksal do ul. Szczyglej. Instytut Ekspertyz Sądowych, któremu następnie kule te i łuski oddano do zbadania, stwierdził że zostały one wystrzelone z jednego i tego samego pistoletu automatycznego, kal. 7,65 mm. Zarazem Instytut stwierdził że łuski mają znak „D. W. A." i gwiazdkę, są pochodzenia niemieckiego, i w Polsce niema ich w handlu. Co do pistoletu, Instytut nie mógł na podstawie oznak od strzałów, dokładnie określić jego systemu, poza stwierdzeniem, że pistolet ten jest leworęczny i, być może, pochodzi z warsztatów ruskarskich w Hiszpanii. Tymczasem dalsze badania wykazały co następuje: W dniu zamachu, sprawca widziany był na ul. Foksal parokrotnie, poczynając od godziny 10 rano. Przechadzał się opodal domu Nr. 3. zaglądał przez sztachety do ogrodu i stale miał pod pachą wspomnianą paczkę. Tuż przed przybyciem ministra Pierackiego, kiedy do Klubu zajechał już prezes Rady ministrów Leon Kozłowski, a za nim Minister Opieki Społecznej Jerzy Paciorkowski, sprawca spacerował przed samym domem Nr. 3. Wreszcie w chwili, gdy minister Pieracki wysiadał z samochodu i skierował się do sieni, mężczyzna ów pospieszył za nim w oddaleniu paru kroków. Świadek Józef Zając, który widział tę scenę przez okno, dostrzegł, że przy rogu bramy, mężczyzna ów wyjął z pod pachy paczkę i ująwszy ją w lewą rękę, prawą dłonią parokrotnie ją przygniótł, nakoniec zaś, wchodząc już do sieni, włożył zpowrotem pod ramię. Zając usłyszał następnie trzaśnięcie drzwi z sieni do hallu, roztworzył drzwi i ujrzał, tak ten sam mężczyzna strzelił do ministra z rewolweru. Badania zmierzające do wyjaśnienia czy w pobliżu zabójstwa nie dał się zauważyć jakiś towarzysz zamachowca, nie dały pozytywnego wyniku: jedynie, wspomniany świadek Kuśmierski zeznał, że gdy widział trzykrotnie owego mężczyznę, który potem dokonał zamachu, dostrzegł równocześnie innegó jeszcze młodego człowieka, również spacerującego ulicą Foksal (po stronie numerów parzystych) przyczynem Kuśmierski odniósł wrażenie, że obaj ci przechodnie porozumiewali się wzrokiem. Co do wyglądu samego sprawcy, świadkowie naogół zgodnie określili go, jako blondyna, o rysach regularnych, bez zarostu, o cerze ogorzałej, wzrostu wyżej niż średniego, ubranie zaś jego jako ciemniejsze od płaszcza. Co do kapelusza, zagubionego przez sprawcę, oględzinami stwierdzono jedynie, że jest to tani kapelusz letni, piaskowego koloru, z śladami bardzo krótkiego używania. Wywiady, podjęte następnie celem wyjaśnienia, kto i gdzie ten kapelusz nabył, nie dały wyniku. Pocisk bombowy Natomiast okazało się, że porzucona przez zamachowca paczka, owinięta w papier cukierni Gałęckiego, była w istocie bombą domowej roboty, złożoną z kawałka rury stalowej długości około 15 cm, około 1,5 grama, chloran potasu z cukrem, a wreszcie pod nim, piorunian rtęci, w ilości około 2,5 grama. Działanie zapalnika obliczone było na uderzenie, mianowicie naciśnięcie tłoku miało zmiażdżyć ampułkę z kwasem azotowym, który, połączywszy się z chloranem potasu i cukrem, spowodowałby wybuch piorunianu rtęci, a w konsekwencji całej bomby. Jako właściwy ładunek wybuchowy, służył miałby: ów wałec, będący, jak się okazało, sprasowanym kwasem pikrynowym, oraz proszek zawarty wewnątrz puszki, będący, jak stwierdzono, pikrynianem potasu. Do zabezpieczenia pocisku od przedwczesnego wybuchu, zastosowano były następujące urządzenia: trzon tłoku podparty był na odpowiednią wysokość rurką kauczukową, poza tym obie rurki (zarówno tłok jak i kadłub) były nawskroś przedziurawione i przez ich otwory przeciągnięty był drut, który miał tłok unieruchamiał. Wreszcie obie rurki były wewnątrz zalane parafiną. Przy rozbrojeniu znaleziono jednak ampułki z kwasem azotowym. Zdaniem biegłych, sprawca napotkał w mechanizmie zapalnika na opór z tego powodu, że ampułka wykonana była ze szkła grubego, a nadto kauczuk i parafina zatrzymały nacisk tłoku. Niemniej mechanizm zapalnika i cała bomba, zdatne były do użytku, i w razie silniejszego naciśnięcia bądź uderzenia po rękojeści – zapalnik niewątpliwie byłby wywołał eksplozję. Ponadto biegli uznali, że bomba skonstruowana była ręcznie i sposobem domowym. Siłę jej wybuchu ocenili jako bardzo znaczną i odpowiadającą połączonej sile 4 — 5 granatów ręcznych zaczepnych. Dodać należy, że w toku śledztwa sprawdzono następstwie sił tej bomby przez spowodowanie eksplozji identycznie skonstruowanych w tym celu pocisków. Na podstawie tego eksperymentu, biegły por. Weiss stwierdził, że zarówno w przestrzeni otwartej jak i zamkniętej, sama siła wybuchu – niezależnie od ugodzenia odłamkami puszki, – spowodowałaby śmierć osób znajdujących się w miejscu eksplozji w promieniu kilku kroków. Bomba, porzucona przez sprawcę zamachu, dała pierwszą sposobność do wykrycia współpracowników zbrodni. Śp. Minister B według port. Pani. Kiedy Żołydek oświadczył, że są to tożsame z innymi częściami, które zdołano wydawać, Olszański zaraz wycofał swe zeznania, mówiąc że na lewej stronie, będzie wypływała rzeka Wisła, a na prawej – góry, Olszański jednak wyprzedził go w opisie i mówił co było w dnie, jakie góry. Miał przy sobie aparat, bo chciał robić zdjęcia. Jak się okazało, teczka leżąca na stole obok niego zawierała prócz drobnych przedmiotów i gumek, jeszcze trzy tubki z pastą do zębów, fotografie, w których ujawniono zamordowanego, i egzemplarzy pism wydawanych przez UON. Biegły bieliźniarz uznał, że wszystkie ubrania, od zwykłych koszul fabrycznych do wieczorowych, były zrobione z jednego cięcia i materiału, bez żadnych dodatków, i na dnie, był znaczek producenta. Wspomniani wyżej Olszański i Czerwony zapytani o to, skąd mają kapelusz, odpowiedzieli, że Olszański (Zając przedtem zeznał, że to on widział sprawcę) widział go w dobrym pokoju, koło godziny 12 rano. Olszański zeznał, że to on poszedł na komisariat i zastał tam zaginionego. Oświadczył, że nie wiedział, że tam leży. Co do wyglądu samego sprawcy, świadkowie zgodnie zeznali, że to był młody człowiek, miał na sobie białą koszulę, jasną kurtkę, ciemne spodnie i buty. Mówili, że miał wygląd młodego chłopca, a zachował się jak wariat. Rewizje i aresztowania Wszystkie zbrodnie zbiegają się w jednym ośrodku terorystycznym Mianowicie, jeszcze w przeddzień zabójstwa, w dn. 14 czerwca, władze bezpieczeństwa w Krakowie i we Lwowie na zasadzie uprzednio przeprowadzonych wywiadów i obserwacyj, dokonały szeregu rewizyj i aresztowań wśród osób podejrzanych o należenie do terorystycznej organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (U. O. N.). W toku przeprowadzonych rewizyj, w Krakowie ujawniono w mieszkaniu jednego z podejrzanych, Jarosława Karpivća przy Rynku Dębnickim Nr. 13. laboratorium chemiczne. W związku z tym, bomba znaleziona w Warszawie, została natychmiast przewieziona do Krakowa, gdzie, z udziałem biegłych pirotechników, porównano poszczególne jej części składowe z materjałami ujawnionemi w owem laboratorium. W wyniku badań, wśród przedmiotów zabranych z mieszkania Karpivća, znaleziono resztki arkusza blachy żelaznej, identycznej z blachą, z której skonstruowana była puszka pocisku warszawskiego. Po rozlubowaniu i rozprostowaniu puszki pocisku, okazało się: że krawędzie jej, nierówne i ręcznie cięte, idealnie przylegają do brzegów arkusza i uzupełniają brakujące do całości części. Ponadto, w toku dodatkowo przeprowadzonej rewizji w mieszkaniu Karpivća, znaleziono, w pace na odpadki, małą zardzewiałą i pogiętą blaszkę, która, po rozprostowaniu, okazała się odpowiednikiem owalnego, o nierównych brzegach otworu z wieczka puszki warszawskiej. W dalszym ciągu biegli znaleźli wśród przedmiotów Karpivća inne jeszcze odpowiedniki części składowych tego pocisku. A mianowicie: rurki mosiężne, takie z jakich zostały sporządzone zarówno i rękojeść tłoku jak i tłok oraz kadłub zapalnika; dalej – pierścienie żelazne identyczne z pierścieniem użytym jako kryza oporowa kadłuba zapalnika, deseczeki będące odzwierciedleniem deseczek użytych jako obsada zapalnika, wreszcie druty, śrubki, rurkę gumową i gumki, odpowiadające danym częściom pocisku. Na zasadzie tych danych biegli w osobach kpt. Stefana Dygonia, por. Weissa i st. majstra wojskowego-pirotechnika Antoniego Sendora, w dn. 20 czerwca kategorycznie orzekli że puszka i części składowe zapalnika bomby warszawskiej, wykonane zostały z materjałów, znalezionych w mieszkaniu Karpivća. Ustalenie to, samo przez się dało wskazówkę, że sprawców zamachu należy poszukiwać przedewszystkiem wśród członków U. O. N., albowiem obok laboratorium, rewizje wykryły w Krakowie w dn. 14 czerwca 1934, u tegoż Karpivća oraz u jego najbliższego towarzysza Mikołaja Kłymyrsyna, liczne dowody ich przynależności do tej organizacji. Przesłuchany w charakterze podejrzanego, Karpiviec nie przyznał się do udziału w OUN oraz do wykonania któregokolwiek pocisku, i dał wyjaśnienia wykrętne, twierdząc, że laboratorium służyło mu jedynie do eksperymentów naukowych. Kiedy następnie okazano mu części pocisku znalezionego w Warszawie, Karpiviec oświadczył, że arkusz blachy, który ujawniono u niego przy rewizji, znalazł na USTALENIE DOKŁADNEGO RYSOPISU I NAZWISKA MORDERCY Tymczasem, w Warszawie dn. 18 czerwca 1934 r. do władz policyjnych zgłosił się niejaki Izmail Czerwow i doniósł, że w schronisku noclegowym w Warszawie przy ul. Wolskiej Nr 42, w którem on chwilowo zamieszkuje, przez parę dni przebywał jakiś młodzieniec, który w dniu zabójstwa, tj. 15 czerwca wyszedł rano, pozostawiając podręczne rzeczy, i więcej się już nie zgłosił. Podjęte natychmiast badania ustaliły co następuje: Wspomniane schronisko, założone w kwietniu 1934 r. i dające prawo do zamieszkania za opłatą 1 zł na dobę, odwiedził w dniu 12 czerwca 1934 r. rano, młody mężczyzna, który rozpytywał o warunki i żądał oddzielnego pokoju. Ponieważ wolne były jedynie miejsca na ogólnej sali, przybyły nie zdecydował się odrazu i dopiero wieczorem zjawił się ponownie, zajmując miejsce wskazane mu przez zarządczynię, Marję Behrową. Przez cały czas pobytu, tj. do rana 15 czerwca, młodzieniec ten zachowywał się cichutko, a przez dłuższy czas siedział na łóżku, czytając jakąś książkę. W dniu 15 czerwca rano, młodzieniec ten wyszedł z pokoju, a o godz. 12 rano w schronisku zjawili się dwaj nieznani osobnicy, którzy zażądali od zarządczyni, by ta wydała im wszystkie rzeczy, pozostałe po młodzieńcu, który wyszedł rano. Kiedy zarządczyni odmówiła wydania owych rzeczy, nieznani osobnicy w agresywny sposób zażądali od zarządczyni pokazania księgi meldunkowej. Na podstawie oględzin księgi meldunkowej, dokonanych przez nieznanych osobników, okazało się, że młodzieniec ten wpisał się do księgi meldunkowej pod nazwiskiem Stefan Kusiński, z dopiskiem: „Student”. Po dokonanych oględzinach, nieznani osobnicy udali się w nieznanym kierunku. Francisza Zająca (który nie jest identyczny z Józefem Zającem, woźnym Klubu Towarzyskiego), Olszański mało wdawał się w rozmowy i wogóle zachowywał się powściągliwie. Olszański pytał jedynie którędy idzie się na most Kierbedzia; opowiadał, że kąpał się w Wiśle (jak ona zrozumiała – w obrębie Warszawy), kiedy zaś Behrowa ostrzegała go, że Wisła jest rzeką zdradliwą, Olszański chwalił się, że pływa i skacze do wody doskonale i że wziął nawet nagrodę w pływaniu. Kiedy dn. 14 czerwca Olszański zjawił się, aby zjeść kolację, oświadczył Behrowej, że śpieszy się, gdyż czeka na niego jakaś panna, z którą ma pójść do kina. Józefowi Zającowi Olszański odmówił propozycji wspólnego spędzenia wieczoru w dniu 14 czerwca, tłumacząc się, że jest zajęty, albowiem idzie do teatru z panną, z którą ma się spotkać i która poznał przez swego przyjaciela w kawiarni „Italia”. Kiedy Zając Nigdzie ni Natychmiast podjęte wywiady, mające na celu ustalenie nazwiska tegoż, wykazały, że w Warszawie, ani w Krakowie, ani w Poznaniu, ani w żadnem innem mieście Polski, w ostatnich czasach nie było żadnego studenta, o nazwisku Stefan Kusiński.