Wpisz w wyszukiwarkę nazwę poznańskiej ulicy, a my pokażemy Ci jej historię.

Przypisany tag: stefan kałamajski

Transkrypcja

Hupśtyk jestem Szanowne Czytelniki! Żeśmy som już blisko kuńca karnawały i można powiedzić, że się takowa udała. Bo balów było co niemiara. Ale pogrzebów tyż. A to dzisiaj jedno do drugiego podobne. Bo niby poco tako matka maje ty swoi córce abo piąciu córkom klamoty balowe sprawiać i na męża dybać, kiedy na sto kawalerów dziewięćdziesiąt bez posady chodzi i patrzy, żeby sie wżynić w grubsze bejmy. Niechby nawet sie wżyniali, ale taki jeden latynda jak dostanie forse do łapy, to i tak nie potrafi ją dobrze obrócić (znaczy sie — forse), i ani pół roku nie minie jak splajtnie (znaczy sie zięć). Bo dzisiaj, ktolek forse maje, to ino otwiera cukernie, kawiarnie, skład fryzjerski i damskom kunfekcjom. Pogłupieli, czy co? Każdy chce być murowany jak Kałamajski i na damskich próżnościach sie dorabiać. Przecie już wszystkie damskie pustogłowy na trwałe zaondulowane, tedy nima coś nowego wymyślać. Cukierniów więcy w naszym mieście jak ustępów publicznych a interesów z damskimi klamotami tyle, że te baby poślepną z wydziwiania. Bo która kupi? Kiedyś to sie utrzymanki stroiły i kupowały ile wlazło, a dzisiaj stare rozpustniki i birbanty musieli je poodstawiać podobnie jak samochody. Bo nawet na gume nie starczy (ale takom na koło samochodowe) a nie dopiro na futro i niedwabie. Ale wróce do balów. Gdzie było rojno i na sto dwa, to u adwokatów. Głupich nie braknie, co sie po sądach włóczom, tedy o klijentele nie trudno. I stąd forsa. I stąd opara, winiaki i inksze musujące lały sie na balu tych palestrantów. A jak popili, tedy rozpuścili gęby na oścież. W naszym zawodzie, powieda do mnie jeden taki magik, żyć nie umierać. Szczeknie sie pare słówek na wiatr, bo sędzia i tak nie słucha, i honorarja jak przed wojnom za zboże. Nieraz sie zaszkodzi kundowi a nie pomoże, ale i za to musi taryfe zapłacić. A od czasu jak nos poubirali w te klamoty histeryczne, co to niby pastor, niby aktor z człeka, to już wogóle sie w poszanowaniu wzrosło. Sie wi, panie moczynosie, powiedam do niego, szak ludzie kintop lubiom. Ale tyn bal, to jeszcze nic. Największy jubel był, wiadomo, u komorników. Pardon, u panów komorników. Mało tego, u hrabiów, u magnatów! Im o ździebko nie chodzi, bo to jest jedna branża, gdzie obroty idom jak złe. Jak jasna cholera! Jak burza z pierunami! Ni maje dziedziny społeczny, żeby sie nie kuńczyła na komornikach. Wszystkie stany leżom plackiem przed jego władzom. Taki władca potrafi nawet nieboszczykowi przeszkodzić w zmarciu, bo mu przed tym wyro zlicytuje. A ponieważ ta arystokracja kryzysowa maje roboty po uszy i forsy w bród, tedy na swoim balu we wódce pływali. Nie pili, a chleli. Przecież roz musi być dlo nos era, powiedali, po gębach sie śliniąc. Była prosperyta, Pewuka i inksze kunjoktury, tedy my bez portek chodzili, a jak przyszedł kryzys, tedy my z wos portki ściągamy. Bo równowaga w naturze musi być! Szak? Nalej mi Boleś kolejkę, o ździebko nie chodzi. Już dwiedziesta kolij, powiedasz pan, a czymu stoimy na miejscu? Sie nie bój bracie. My mogemy. Bo to, co tyn na tym bufecie zarobi i tak pójdzie do naszej kieszyni. Za małom chwileczkę, bracie kochany, nie dziś, to jutro... Hupśtyk jestem.