Dopasowany fragment
W każdym razie widać, ża tamci postanowili trzymać się za nimi i że raczej rozwalą sobie błotni- ki, niż pozwolą się im wymknąć. Rynek, pojazd ulicą Nową, skręt w pra- wo. Przed dużym ciemnym gmachem samo- chód zwalnia, ale nie staje.
Transkrypcja
Oto przetranskrybowany tekst z obrazu, zgodnie z podanymi wytycznymi: J. S. M. będzie dróżce nód, mi- czenie w podróży. m zdala nad do- stawili świeciły dojrzeć ku doło- e i bliż- sądzana niewiel- ło puste, jakby je kto wymiótł. Zrzadka stały latarnie. W ich świetle kamienicy wyglądały jak dekoracja do upiornego miasta, w którym wymarli wszyscy ludzie. Reflektory duże zgasły, paliły się widocznie małe światła, których nie było widać z wnętrza... ZagrZmiał klakson na moście Chwaliszewskim. Karzeński obejrzał się. Samochód ścigający ich zmniejszył widocznie odległość w mieście, bo szedł teraz nie więcej niż 20 metrów za nimi. Karzeńskiemu w uśmiechu błysnęły zęby. Gdyby tak gwałtownie zatrzymać nowymi hamulcami na wszystkie cztery koła, obywatel wpadłby na nich i potrzaskał sobie chłodnicę. Ale na takie żarty nie było teraz czasu ani sposobności. W każdym razie widać, że tamci postanowili trzymać się za nimi i że raczej rozwalą sobie błotniki, niż pozwolą się im wymknąć. boczną ostroż- cie zwra twarzy kłopot- Rynek, pojazd ulicą Nową, skręt w prawo. Przed dużym ciemnym gmachem samochód zwalnia, ale nie staje. Karzeński otwiera prawą szybkę. Ktoś podbiega do samochodu. Ktoś, kto czekał na niego koło latarni, trzymając pod pachą pled. Zwyczajny, podróżny, kratkowany pled. Pled, jaki jest nieodłącznym towarzyszem starszych, eleganckich panów, wyjeżdżających na polowanie. Pled, jaki leży na ławce przedziału pierwszej klasy obok wytwornej walizki. a karku. albo za jakgdy- chodzić. na Ale- sić mo- Karzeński wyciąga ręce, odbiera pled. Tamten jegomość odchodzi, samochód rusza szybciej. Karzeński kładzie pled obok siedzeniu. trochę jednak az prze- Reflek- że we- aśniej. (Ciąg dalszy nastąpi). przem- ewo by-