Dopasowany fragment
Wwojewody Maruszewskiego i swego „adjutanta w wundarze strzelców podhalańskich, z tak do: brze wszystkim znanym uśmiechem dziękował ukłonem za kwiaty i okrzyki i w coraz dalej źrywających się okrzykach przejechał do ul. Fredry, obok Teatru cił w stronę auli, Na w siadającego ź powo
Transkrypcja
nie p. Bnińskiego z Samostrzela. Przed nim i za nim ruszył szwadron czerwonych ułanów z barwnymi proporczykami. Z tłumów zerwały się okrzyki: „niech żyje!” Najgłośniej oczywiście wiwatowały dzieci, ci najmłodsi, najszczersi entuzjaści. Pod kopyta koni, na powóz, na kolana Pana Prezydenta posypały się rzucane przez dzieci kwiaty. Pan Prezydent jechał w towarzystwie p. wojewody Maruszewskiego i swego adjutanta w mundurze strzelców podhalańskich, z tak dobrze wszystkim znanym uśmiechem dziękował ukłonem za kwiaty i okrzyki i w coraz dalej zrywających się okrzykach przejechał do ul. Fredry, obok Teatru Wielkiego i skręcił w stronę auli. Na wysiadającego z powozu posypał się deszcz cały kwiatów, wreszcie siwa głowa Prezydenta ukazała się jeszcze raz na stopniach wejścia do Collegium Minus i zniknęła w jego wnętrzu.