Dopasowany fragment
podniosłem z ulicy krótką, mocną deskę. — pomożecie mi wejść. — żaczekajmy chwilę — rzek!
Transkrypcja
— Obejdzie się [...]szek. — Wiem, co do mnie należy. Wy róbcie swoje, ja swoje. — Racja — odrzuciłem. Jimbo i Mydlarz odeszli. — No, Peru, do roboty! — Ano! Podniosłem z ulicy krótką, mocną deskę. — Pomożecie mi wejść. — Zaczekajmy chwilę — rzekł Peru. — Niech oni wpierw dotrą do Alei. Spojrzeliśmy na oddalających się ludzi, którzy dochodzili już do rogu ulicy. — Cholera! — wybuchnął szeptem Peru. — Zobaczyli coś. Zorientował się w ich zachowaniu, lepiej niż ja. Jedna z postaci znikła w jakimś ciemnym pasażu, druga zatrzymała się w blasku lampy łukowej i chwyciła się nagle za gardło. Nawet z tak dużej odległości kurczowe drganie członków Mydlarza wydało mi się przerażające. Po chwili upadł na chodnik i zaczął się tarzać i podrzucać w konwulsyjnych drgawkach. — Już są — szepnął Peru. Z bocznej ulicy wyjechało auto policyjne i stanęło. Nad Mydlarzem pochyliły się troskliwie dwie urzędowe sylwetki. Jedna z nich dała znak ręką i z Alei nadeszła trzecia. (Ciąg dalszy nastąpi.)