Transkrypcja
Mazurzy odróżniają „dyngus” od „śmigusu”. W święta wielkanocne chłopcy chodzą od chaty do chaty po „dyngusie” i zbierają jajka i różne smakołyki ze „święconem”. Śpiewają przytem: „Przyszliśmy tu po dyngusie, Zaśpiewamy o Jezusie. W Wielki Czwartek, w Wielki Piątek Cierpiał Pan Bóg za nos smętek, Za nos smętek, za nos rany, Za nos — ci to Chrześcijany.” Ze zebranych datków wyprawiają wieczorem ucztę. „Śmigusem” natomiast nazywa lud mazowiecki zwyczaj oblewania wodą i to dziewcząt przez chłopców w drugi dzień Wielkanocy i naodwrót chłopców przez dziewczęta. W „trzeci” dzień Na Biskuńiźnie (w powiecie gostyńskim) zwyczaj ten utrzymał się do dnia dzisiejszego, w formie pierwotnej. W drugie święto wielkanocne „młoda kawalerka” zrywa się ze swych posłań równo ze świtem, by zaskoczyć swe siostrzyce i wyrwać je z sennych marzeń, choćby niepozornym wiadrem lodowatej wody. Bo zdarzają się wypadki gruntowniejszej kąpieli, zwłaszcza gdy młodzieniec jest zagorzały. O wtedy scena przypomina żywo fragment z „Porwanie Sabinek”. Biskuńianka, mimo stawianego oporu zostaje wywleczona przed chałupę i pod studnią nolens volens, poddaje się zwyczajowi „dyngusowania”. Wrzawo i wesołość ogólna towarzyszy tej niejednokrotnie komicznej scenie. (rys. ?) Powszechny zwyczaj maskarady ma i tutaj swoje zastosowanie. Dwóch chłopców, przebranych za „dziady” i „babę” chodzi po wsi trzymając w ręku koszyk, napełniony sieczką, na której siedzi kura. Na łańcuchu prowadzą „niedźwiedzia”. Jest to chłopiec owinięty w grochowinę, który tańczy przy skocznych dźwiękach towarzyszącego im skrzypka. Niezgrabne, prawdziwie „niedźwiedzie” ruchy, wywołują ogólną wesołość u zwabionych skocznymi dźwiękami muzyki zarówno młodych jak i starszych. Wygarnąwszy tłumnie przed chałupy, ciekawe dziewczyny, starają się z bliska przyjrzeć nieznanemu niedźwiadkowi. Niebaczne na odległość, swą ciekawość oblane znienacka wodą, przygotowaną w tym celu przez wesoły orszak. Gospodynie obdarzają śmigusowych chłopców zwłaszcza tych, którzy się dzielnie spisali wobec swej dziewczyny, czy „kolegotki” — jakiegoś „kołocza” (pieczywo wielkanocne). Zebrane w ten sposób prowianty kawalerka sprzedaje i za te pieniądze urządza wieczorem zabawę w karczmie opłacając zaproszonych „gości”. Dodają dudziarza i skrzypka, a dziewczętom fundując wódkę i tańce. Dziewczęta mimo nieopisanego zadowolenia, jakie im sprawia taka „polewaczka” będąca przecież widomym sprawdzianem ich powodzenia, nigdy nie zapominają o odwecie. Wracają z wyprawnej, (tu gościńcem), rozbawioną i podochowaną „młoda kawalerka” czeka nie mniej gruntowa kąpiel. O, bo Biskuńianki rewanżują się zawsze rzetelnie i wspaniale! Stare przysłowie o zwyczaju „dyngusowym” mówi: Od Wielkiejnocy do Zielonych Świątek Można dać śmiech, już i w piątek. Nie trudno dopatrzeć się w tym zwyczaju oblewania orzeźwień głębszych, będących wymową owej wiary w oczyszczającej mocy wody, której kult datuje się od czasów najdawniejszych. Człowiek pierwotny, żyjąc na łonie natury, ubóstwiał siły przyrody, starając się zawsze tak postępować by niczym i nigdy nie obrazić bóstwa. Wstępując z przyrodą w nową porę roku, człowiek widział jej odnowienie się i otrząsanie z zimowej, ponurej powłoki. Sam też starał się podobnie odnowić, by wejść oczyszczonym na duszy i ciele w nowy rok, rozpoczynający się promienną wiosną. Bożena Czyżykowska