Transkrypcja
WIELKANOCNA POEZJA Franek, jak zwykle, błądząc myślami w obłokach spytał mnie sam Wielki czwartek: czy mam już choinkę: — „Tam do licha! Co ciebie napadło znowu z choinką? Przecież mamy Wielkanoc a nie Gwiazdkę". — Ach dobrze — ot cała odpowiedź. Nad czem ten człowiek znowu myśli: i czy w ogóle myśleć potrafi: Franciszek Łabędź bowiem jest z zamiłowania i jak sam o sobie mówił z powołania i zawodu poeta (w rzeczywistości zaś — darmozjadem); Doprowadzał mnie do pasji swoją bezmyślnością nad sprawami tak ważnymi; jak to; co jeść będziemy dnia następnego: W krótkiem zresztą swem życiu spłodził przynajmniej z kilkaset kilogramów poezji. z których 90 proc: doskonale służyło nam do ogrzewania diabelnie zimnego pokoju i gotowania cienkiej herbaty: Resztę z niewiadomych przyczyn kupowali naiwni wydawcy: Kupili nieraz Frankowe poezje, płacąc mu wcale przyzwoite honorarium. cóż z tego: pieniądze te szły na marne: Na przykład w zeszłym roku: Było już dobrze po gwiazdce, kiepsko zresztą spędzonej bo bieda dopiekła nam tego roku szczególnie: Tymczasem w połowie stycznia jakiś naiwniak kupił tom poezji Franciszka: Choroba Co to były za poezje? Płakać się chciało! Była tam i „dziewczyna” i „równina”, była tam i „zamku mora”, była też i „oń jeziora” — Wiersze były po prostu cudne i jedyny wydawca się na nich poznał: Franek bowiem chciał je dawno spalić, ale uratowałem je wówczas od spalenia chcąc w złości swojej zachować jako rzadki doprawdy okaz częstochwskich rymów: jak np: „Rzucę się pod włoskie nieba: W rękę wezmę kawał chleba”. Pomysł z chlebem zrodził się zapewne dlatego w schorzałej jego wyobraźni. gdyż był to okres, kiedy z chlebem było u nas bardzo słabo Mniejsza z tym; grunt, że poezje kupił jakiś dobroczyńca a na drugi dzień po skasowaniu srebrników Franek (o zgrozo!) przyszedł z choinką „Na samą gwiazdkę nie było więc teraz kupiłem” — oświadczył z dumą: Rzecz oczywista, że choinka, inne dodatki i cała masa słodyczy itp. pochłonęły połowę honorarium: Wariat z tego Franka i tyle: I teraz znowu z tą choinką. Wieczny marzyciel nie pomyślał ani razu o najskromniejszej choćby świecence: wariat pisał stale wiersze: licząc na naiwnych czy dobroczynnych wydawców: Troskę o nasz chleb powszedni pozostawiał mnie: Specjalny nasz fundusz święconkowy przedstawiał się jednak nad wyraz smutnie: Niemniej, nie więcej: zanosiło się, że ze święconki będą nici. W ostatniej chwili przyszedł ratunek: Zaszedł fakt który nie tylko głęboko mnie zastanowił, ale przede wszystkiem wzbudził we mnie szacunek dla mojego przyjaciela Franka: Zrobił cudownym sposobem na naszą wspólną świeconkę: I to jaką: Gospodyni: nasza kobieta o gołębiem sercu, lecz: że łaznej ręce wydawała swą córkę zamąż. zaślubiny się miały odbyć w drugie święto Chodziło o weselne przemówienie. Miało być wzruszające, jednym słowem takie: „coby wszyscy płakali!” „Pan to w gazecie pisuje, to będzie umiał!”: A tu nagle mówi Franek: „A może tak wierszem? Nie do wiary! Pan bo umie wierszem mowę, a gospodyni zaopatrzy nas w prowianty godne staropolskiego słodu wielkanocnego: Franek z klasą wyrżnął poemat, zaczynający się od „dziewczyny” a kończący się na „ówaina”, który po ciężkich cierpieniach na pamięć wkuł młody małżonek: A zatem święta mamy zapewnione, a to już coś (el-es:)