Transkrypcja
KĄCIK DLA DZIECI Przed świętami W starym dworku w Trojanowie ruch panował nie lada. Okna i drzwi porozwierane, wszędzie w robocie miotły i ścierki, nawet wapna kubełki przygotowane do bielenia. Aż sroka ze zdziwieniem na płocie główką przekrzywia a dziwuje się, co też to się dzieje. Anulka świetnie się czuje w tej krętawinie: — Nie ma to jak święta! Prawda, Florek? — Ale, święta! Albo to człowiek co użyje teraz? Dobre one są, nie neguję — przypomniały mu się smakowite szynki, wiszące w spiżarni — jeno poco takie teatrum wyprawiać przed nimi? — Patrzcie go! Jaki to mądry! A myślisz, że bez tego „teatrum” święta byłyby miłe? Miałbyś to czym się obiadać przez tyle dni? Florek był nieprzejednany mimo tego argumentu. — Ale teraz podziać się nie ma gdzie. Chcesz do swojej komnatki — Magda z miotłą się po niej uwija, chcesz do świetlicy — zamknięta, bo stoły w niej mają szykować. A do kuchni, to już zupełnie nie waż się zbliżyć. Ani się bawić, ani co robić. Nic! Anka aż ręce załamała. Temu jeszcze roboty mało. Gdzie się obejrzy wszędzie jej pełno, aż się prosi, żeby rękawy zawinąć i robić co się da. — Ty możesz, ale ja nie. To babska robota. Anulka chciała się oburzyć, ale nadszedł właśnie Jędrek, ich starszy brat. Z daleka już wołał: Hej, dzieciaki, do roboty! Anulkę pani matka do kuchni prosi, a ty, Florek, pomożesz mi sień bielić, albo przed gankiem ziemię umieść i pięknie piaskiem wysypać. Musimy sobie na świętowanie zasłużyć. Zdziwił się Florek i zawstydził srodze, że Jędrek, choć starszy, a do pogardzanej przez niego roboty się zabiera. Widać, że to nie żadne uchybienie dla chłopięcych rąk. Poskoczył więc żywo po miotłę i nuż zamiatać aż kurz się wzbił do góry i Jędrek go musiał w zapale mitygować. Oj! będą mu smakowały przysmaki świąteczne i milszy będzie świąteczny odpoczynek. Pierwszy raz na rezurekcję Madzia nie była wcale zachwycona, gdy ktoś zaczął ją ciągnąć za rękę, przerywając jej najlepszy sen. Ale skoro tylko otworzyła oczy i zobaczyła odświętnie ubraną Staśkę, zaraz przypomniała sobie: — Aha! mam jechać na rezurekcję — i zerwała się prędko, aby się nie spóźnić. Od kilku już lat prosiła rodziców, aby pozwolono jej pojechać na rezurekcję, ale ci nie chcieli się zgodzić ze względu na wczesną porę. Dopiero w tym roku ustąpili. — Tak się cieszę, że będę wreszcie na niej. Jak też to się odbywa? A czy ładna pogoda dzisiaj? — Madzia była bardzo przejęta. Rodzice z dziadkami pojechali powozem, a ona miała jechać małą bryczuszką razem z kuzynką i bratem. Starsi żartowali sobie z Madzi, która nie mogła się już tej rezurekcji doczekać. Zaledwie wyjechali na drogę, a zaraz uderzyła Madzię niebywała ilość bryczek, furmanek chłopskich i pojazdów wszelkiego rodzaju, które ciągnęły w stronę kościoła. Trzeba było jechać bardzo powoli, a Madzi chciało się spać i mimo całego entuzjazmu i niecierpliwości — zdrzemnęła się trochę. Nagle rozległy się strzały i okrzyki. Madzia obudziła się i zobaczyła, że są przed kościołem. — Co to? Co się dzieje? — krzyknęła. — Napad! Bandyci! — odkrzyknął jej brat — Wulek, zawracaj! Zanim Madzia się zorientowała już mknęli z powrotem. — Prędzej, prędzej! — wołała, jeszcze niebardzo oprzytomniała ze snu. Dużo było po chwili śmiechu, gdy zrozumiała, że to chłopcy strzelali na wiwat przed kościołem. A na rezurekcji znowu nie była, bo za późno już byłoby wracać.