Transkrypcja
Rozmyślania przedświąteczne Goście a święta wielkanocne Wielkanoc nadchodzi. Naprawdę, nie wiem co robić? Przysięgam sobie kilka razy na dzień, że wyprowadzę się do Ławicy. Daję sobie słowo honoru, że zerwę wszystkie stosunki z ludźmi. Obiecuję sobie najsolenniej, że zamknę drzwi mego mieszkania na klucz. Na drzwiach napiszę zawiadomienie o tem, że wszelkie poszukiwania na nic się nie zdadzą, bo mnie „już nie stało na bożym świecie“ i może wtedy zaznam trochę spokoju. nocnych dla bezrobotnych yste poświęcenie darów wielkanocnych, które Zaprzygotował dla 12 blisko tysięcy bezrobotnych z ks. biskupem Dyckiem, który poświęcił dary, w skim i starostą Poahordeńskim na czele. Chociaż nie wiem, naprawdę nie wiem, czy to się na coś przyda, bo goście są uparci zawzięci i konsekwentni. Bo właśnie o gości idzie. Na niedzielę i na każdy świąteczny wolę od pracy dzień szykuję sobie mnóstwo „zajęć“. Postanawiam się nareszcie wyspać. Potem chcę coś poczytać, porozmawiać z córeczką, odpocząć, być trochę „sam na sam ze sobą“. I jak to w rezultacie wygląda? O jedenastej rano pierwszy gość. Przeprasza, że tak wcześnie ale wie, że mnie tak trudno w domu złapać, więc dlatego pozwolił sobie. Wpadł zresztą tylko na chwileczkę. Chce mnie tylko zobaczyć, bo przecież „naprawdę“ już kopę lat... Jestem jeszcze w piżamie, zgrzytam niemytemi zębami, ale „gość w dom...“ — trzeba być uprzejmym. O dwunastej drugi gość. O pierwszej trzeci. Zostaje na obiad. Cieszy się, że mnie zastał w domu. O poobiedniej drzemce niema mowy. O wyjściu na spacer nie można nawet marzyć. O czwartej zaczyna się seria poobiednich gości. Znowu te same rozmówki. Trzeba odpowiadać na najbezmyślniejsze pytania: — Co słychać? — Jak idzie? — Co nowego? Ach gdyby można było tych wszystkich gości wyrzucić. Na biurku leży dobra ciekawa książka. Za oknem świeci ciepłe, na piękniejsze słońce. Ale nie, nie wolno. Jesteśmy przecież gościnni. Więc bez przerwy, monotonnie powtarzamy: — Może jeszcze herbatki? — Pan woli kawę? — Może jeszcze ciasteczko? — Boże, może pani głodna? I tak trwa ta katorga do północy niemal. Człowiek wali się z nóg poprostu. Jest śmiertelnie zmęczony. Marzy mu się normalny, roboczy dzień, biuro, bank, jakieś normalne uporządkowane zajęcie, po którem ma się przecież prawo do odpoczynku. A tak, tak może się tylko uśmiechnąć cierpiętniczo i powiedzieć: — Miły mieliśmy dziś dzień tyle gości. — I pomyśleć, że naprawdę nic tak nie obrzydza ludziom gościnności, jak właśnie... goście. A tu święta nadchodzą. Brrr!