Dopasowany fragment
„Wieczne pióro” a jewano piękne pieśni w Ga ga uha Nowej i Szkolnej, przy ulicy Fredry ruskich SE w mieście p E Poniedziałek — „Wieczne Pióro” 0 płyn: sh czas na obozie, kak nie wiadomo po W: i; I oraz ul Ratajcm zerzaniu i pa ż a kucia odszedł 20 sierpień; w tym dniu orięta żegnane 4, > przy jezaka 1 Jer reg rep Ę perm jra granie A. e zule i serdecznie przez kom mendagtkę i kadrę instru- w > ej poręczy w Kina w Poznaniu ktorska opuszczały z żalem obóz.
Transkrypcja
zgonu prof. Okolicznościowe przemówienie nad trumną wygłosili m.in. pp.: rektor U. Polretkowicz i dziekan Kurkiewicz. Po przemówieniach, których wysłuchał zgromadzony kilkutysięczny tłum, odśpiewał pienia żałobne Chór akademicki. Następnie złożono trumnę z powrotem na karawanę i uformowany pochód przeszedłszy przed Pomnikiem Wdzięczności udał się Wałami Batorego, następnie Wałami Leszczyńskiego w kierunku cmentarza parafii św. Wojciecha, gdzie złożono zwłoki śp. prof. dra Stefana Borowieckiego. (a. cz.) Obóz żeński Zw. Strzeleckiego w Rozewie Na pięknym terenie P. W. i WF. DOK. VII w Rozewitu nad morzem odbył się w r. b. obóz letni dla uczestniczek z Okr. VII i VII Związku Strzeleckiego. Obóz trwał przez cały sierpień. Przeprowadzono na nim dwa rodzaje kursów: Kurs przysposobienia ogólnowojskowego dla 40 uczestniczek, w tej liczbie mieściła się drużyna junaczek z Poznania, przechodząc wysokiej nie o programie w.f. Dzień na obozie rozpoczynał się o godz. 6-tej rano modlitwą poranną, po której następował odmarsz na gimnastykę. Po gimnastyce było sprzątanie, mycie się, poczym przemarsz na plac zbiórek pod maszt, gdzie odbywało się podniesienie flagi. Po tym odbywało się śniadanie, po śniadaniu zajęcia do godziny 11.30, a od 11.30 do 13 następowała godzina najprzyjemniejsza — to kąpiel w morzu i pływanie, po tym następował powrót do obozu na obiad. Na zajęciach upływał czas do 18-tej. Po tej godzinie już był czas wolny, tu następowała kolacja, przygotowania do ogniska jak zbieranie chrustu, przygotowanie ostateczne piosenek, inscenizacji itd. O godz. 20-tej komendantka rozpalała duże ognisko. Strzelczynie, junaczki i orlęta pięknymi popisami kończyły pracowity dzień. Ognisko stało się nitcią łączącą obóz z miejscowym społeczeństwem, które zawsze tłumnie przybywało, oklaskując gorąco produkcje dziewcząt. Ognisko kończyło się odśpiewaniem modlitwy wieczornej przez obóz i gości. Poczym opuszczano flagę i na obozie zapanowywał spokój po całym dniu. W niedzielę obozowniczki chodziły na mszę św. do Jastrzębiej Góry oddalonej o 3 km. od Rozewia, gdzie śpiewano piękne pieśni w czasie nabożeństwa. Szybko płynął czas na obozie, to też nie wiadomo kiedy nadszedł 20 sierpnia; w tym dniu orlęta żegnane czule i serdecznie przez komendantkę i kadrę instruktorską opuszczały z żalem obóz. Dzień ten był przeznaczony na zwiedzanie Gdyni, z czego orlęta niezmiernie się cieszyły. Z Gdyni rozjechały się do swoich domów. Pozostał się tylko kurs przysposobienia ogólnowojskowego, którego uczestniczki po złożeniu przyrzeczenia strzeleckiego i zwiedzeniu Gdyni w końcu sierpnia wyjechały również. Pracy żeńskich w Związku Strzeleckim przybyły nowe kadry dzielnych pracowniczek. CHODZIEŻ — Dnia 7 bm. popełnił samobójstwo Wernera Kabałczyńskiego, uczeń rzeźnika z Milcza. Dnia poprzedniego był on na zabawie, z której wrócił rano do domu rodzicielskiego. Przed południem udał się rowerem w kierunku Chodzieży, wstąpił po drodze do dróżnika kolejowego, gdzie oddał swój rower a sam udał się dalej pieszo. W chwili kiedy nadjeżdżający rzucił się nagle pod pociąg; śmierć na miejscu. Kierowca pociągu maszynista natychmiast stwierdził, że ciała zostało wprost poćwiartkowane. Na miejsce wypadku przybyła komisja sądowo-lekarska, która po przeprowadzonych dochodzeniach kazała zwłoki zawieść do rządzących denata. Pozostawił on pewne zapiski, wskazujące na to, że nosił się z zamiarem samobójstwa od dawna. (st) Z obawy przed aresztowaniem poderżnął sobie gardło brzytwą GNIEZNO. W ub. czwartek przed poł. przybył do m. P. Mikołajczak do mieszkania Sylwestra Ruchalskiego w Gościeczynie celem przeprowadzenia rewizji domowej, w której to znalazł mięso pochodzące z kradzieży. Przejęty tym odkryciem Ruchalski wybiegł do sąsiedniego pokoju i tam z obawy przed czekającą go karą poderżnął sobie brzytwę gardło. Z powodu silnego upływu krwi wzionął po krótkim czasie ducha. Zmarły tragicznie osierocił żonę i troje małych dzieci. Zwłoki zabezpieczono do dyspozycji sądowych. Samobójstwo wywołało w okolicy przygnębiające wrażenie. Niebezpieczny złoczyńca skazany po raz 12-ty Sąd Okręgowy Wydz. Odwoławczy pod przewodnictwem s.o Tomkiewicza rozpatrywał sprawę odwoławczą - karną 11-krotnie karanego przestępcy Bernarda Ceglarka (ul. Piotra Wawrzyniaka 22) skazanego wyrokiem Sądu Grodzkiego w Poznaniu za dokonanie bezczelnej kradzieży w mieszkaniu podoficera zawodowego p. Czesława Posadzińskiego na karę 1-go roku więzienia. Jak zeznawał wydawca z Wydz. Śledczego P.P. Piotr Szewczuk, Ceglarek po wyroku w sądzie 1-szej instancji zwierzył się współwięźniom, że musi zrobić odwołanie dla tego tylko, aby „grać na zwłokę“, gdyż obawia się ryzyka dla niego złego przetransportowania go do więzienia Karnego we Wronkach. Podsądny Ceglarek powołał na świadka niej. Wojciechowską, od której rzekomo miał otrzymać znalezione u niego przedmioty, słuchana na tę okoliczność Wojciechowska zeznała przed sądem, że Ceglarek otrzymał od niej omawiane przedmioty. W czasie konferencji z innymi świadkami sąd doszedł do przekonania, że Wojciechowska dopuściła się krzywoprzysięstwa. Sąd po wysłuchaniu wywodów wiceprokuratora Marskiego, zatwierdził wyrok 1-szej instancji zasądzający Ceglarka na jeden rok więzienia. Sąd nie zaliczył skazanemu aresztu śledczego. Teatry TEATR POLSKI (ul. 27 go Grudnia) Niedziela — „Wieczne pióro” Poniedziałek — „Wieczne Pióro” Kina w Poznaniu SŁOŃCE — Tajemnica starego zamku ŚWIT — „Na straży prawa” GWIAZDA — „Ty, co w ostrej świecisz bramie” — W poniedziałek „Sonata księżycowa”. CORSO — „Burza nad światem” GLORIA — „Dama kameliowa” T.C.L. KINO OŚWIATOWE — „Pod dwiema flagami” RENESANS — „Szarża lekkiej brygady” APOLLO — „Znachor” TECZA WILDA — „Romeo i Julia” TECZA — „Łazarz — „Ucieczka Tarzana” SFINKS — „Miłość w masce” METROPOLIS — „Znachor” WILSONA — „Matura” Poręcze na skrzyżowaniu ruchliwych ulic to tradycja z przed stu lat W Poznaniu ruch uliczny urządzono w Poznaniu w 64 punktach miasta wykazały, że na niektórych ulicach ruch pieszy, rowerzystów, wozów ręcznych zaprzęgów konnych, samochodów i autobusów osobowych i ciężarowych jest już tak silny, że dotychczasowe przepisy i urządzenia nawierzchni ulic jest to już za mało. Przygotowano wobec tego szereg projektów, które teraz wprowadza się w życie. Pierwszą taką nowością są poręcze z żelaznych na Starym Rynku przy zbiegu Nowej i Szkolnej, przy ulicy Fredry i Jana III oraz przy ul. Ratajczaka i Marcina. Warto tu dodać, że poręcze żelazne nie są niczym nowym już na starych sztychach. Komunikaty Miesięczne Pomoce Domowe! Cykl wykładów LOPP (Obrony Przeciwlotniczo-Przeciwgazowej) dla pomocy domowej rozpocznie się 7 bm. o godz. 20 w sali Związku Pań Domowej dnia 27 Grudnia 19 w podwórzu. Kurs dla bezpłatnych. Składka miesięczna wynosi 10 groszy. Prosimy o jak najliczniejsze przybycie i zapisywanie się na członkinie. Na wypadek przyszłej wojny lotniczo-gazowej. Wypadki Robotnik złamał szczękę. 37-letni Stanisław Skowroński (ul. Szwajcarska 10), zatrudniony w fabryce maszyn Nitschego przy ul. Kolejowej w czasie pracy spadł z wagonu tak nieszczęśliwie, że doznał złamania szczęki, zwichnięcia prawej i ogólnych obrażeń. Ofiarę wypadku pogotowia przewieziono do szpitala Przemienienia Pańskiego. (tk.) Popierajmy LOPP Ludzie bez jutra Nowela W jakimś domu noclegowym stary Jakób podarował chłopcu koszulę. Od tego czasu wędrują oni i żebrzą razem. Ulica trzyma ich mocno w swoich szponach. Stała się dla nich treścią życia, zaspakaja skromne ich życzenia i potrzeby. Ulica ostatnia przystań niejednego wykolejeńca. Dno nędzy i zbrodni. Dla wielu — przeznaczenie. Pewnego wieczoru zimowego dwaj włóczęgowie wchodzą do szynku na przedmieściu. Chcą zjeść ciepłą zupę i rozciągnąć się na słomie. Dychawiczny gramofon obok bufetu wrzeszczy. Trzej robotnicy i dwaj straganiarze tańczą z kobietami o wątpliwym prowadzeniu się. W kącie zaś jakiś pijany marynarz rwący falsetem „Pieśń bez słów“. Opodal okna przy dwóch stołach roznamiętnieni karciarze walą pięściami w stół. Rozlega się brzęk tłuczonego szkła. Nowi przybysze rozglądają się ciekawie po lokalu zadymionym. Bawi ich ruch, jaki tu panuje. Stary Jakób jest wprost zachwycony. Kazał przynieść piwo i karafkę „czystej“. Alkohol wprawiał go w doskonały humor. Zebrawszy wokoło siebie kilku słuchaczy, zaczął opowiadać anegdotki, prawie takie stare, jak i on, sześćdziesięcioletni staruszek o siwych, ale gęstych włosach. Za wysłuchanie oklepanych dowcipów całe towarzystwo każe sobie płacić piwem, fundatora, wiedząc, że w razie awantury będzie miał kogo za sobą. — Ty, bądź ostrożny, oni ciebie nabierają, — ostrzega chłopiec starego. — Co? — mnie nabierają? mnie? — śmieje się głośno towarzysz młodzieńca, zdradzając przez rozgłośnienie ostrzeżenia, przeznaczonego tylko dla jego uszu, że już dość głęboko zaglądał do kieliszka. — Ty! syknęła pozostała sama. — Tego ci nie podaruję. Spotkamy się jeszcze. Czekaj łajdaku. Nazajutrz opuścili miasto. Stary Jakób i chłopiec. Deszcz lał strumieniami. Smutni i zmarznięci wlekli się w błocie po gościńcu ku najbliższej osadzie. Gdy minęli granicę miasta, młody odezwał: — Myślałem, że jesteś wytrawnym łazikiem. Ale zdaje mi się, że od niedawna doniesiesz się między włóczęgami. Dwa lata. Żona mi zmarła... nieszczęście i niezgoda — jednym słowem — nie wytrzymałem dłużej w domu. — Doświadczony obieżyświat stronami — mówił Jakób. — Było wczoraj. Mogłeś się bardzo łatwo przekonać. — Może, — bronił się słabo stary Jakób. — Odkrywałem to wreszcie. Było to w lutym. — A jak to się działo? — Trzy lata temu. — Dwadzieścia lat temu? — Nie pamiętam. — Odpowiedział. — Muszę wrócić do miasta. — Właśnie. — Tak. — Co z tym? — pyta młody. — Idziemy. — A w takim razie — co z tym? — pyta staruszek. — Co z nim? — Z nim? — młody śmieje się. — Z nim nic. — Odjeżdżają. — Mówi starszy. — Idą. — Wtedy nie! — młody mówi. — Nie w ten sposób! — Nieprawda. — Mówi starszy. — Nie w ten sposób. — Ja tam widziałem coś innego. — Mówi młody. — Wiem, że to nieprawda. — Dobrze. — Mówi starszy. — Nieprawda. — Ale ja widziałem! — Mówi młody. — Wiem. — Aha. — Mówi starszy. — Ja nie. — Człowiecze — czy jesteś przy zdrowych zmysłach? — Mówię prawdę. I on nie żyje? Dzwonek telefonu zagłuszył dalsze rozprawy pytania starca, i komisarz chwycił za słuchawkę. Gdy ją odłożył ręką zmieszany: — Odebrałem właśnie meldunek, który także dotyczy. Możecie się cieszyć. Rzecz została wyjaśniona. Jakaś kobieta z półświatka ma na sumieniu życie pańskiego syna. Tak. Zbytnio się nie przejmujcie. Umierać musimy wszyscy. Tak czy inaczej... Czy mogę coś dla was zrobić? — Nie. — Odpowiedział starzec. — Nic. — A zatem — po chwili dodał komisarz, — do widzenia. I starzec wyszedł.