Wpisz w wyszukiwarkę nazwę poznańskiej ulicy, a my pokażemy Ci jej historię.

Adres: cicha

Dopasowany fragment

-— fak, panna anastazja, wyszła z na- rzeczonym do kina. wejdź, proszę. renia odrazu usiadła w fotelu i przym- knęła oezy. nie miała ochoty poruszać się. było jej teraz dobrze i przytulnie w. miękkim obteiu fotelu, więc zagłębiła się w nim i czuła się jak kot, który po długich godzinach włóczenia się po deszczu i chło- dzie, znalazł nareszcia ciepły kącik na piecu. przęz otwarte okno popłynęły calemi fa lami zmieszane zapachy rozkkwittych bzów, czeremchy i ogrodowych konwalii, czuby drzew, zaglądające do piętrowych okien, chwtały się w. sennej zadumie, osrebrzone strugą księżycowych promieni. sosna płynęła światem, jak oswobo- dzona z lodowych soków rzeka. ama z rozmarzeniem usiadła ną para- pecie okna i opanięzy o nie swoją jasną główkę zapatrzyła się w dół, gdzie wila się ulica, cicha już o tej porze i senna, jak lo zwykle bywa w małych miastach. , tie razy silniej zaszemrał podmuch wia- tra „o jasną twarzyczkę kamy uderzał ca- ły kłąb namiętnych woni, zrnieszatiych ż so- bą w odurzające zjednoczenie.

Transkrypcja

Oto rozpoznany tekst, z zastosowaniem podanych reguł: WSPÓŁCZESNA — Tak, panna Anastazja, wyszła z narzeczonym do kina. Wejdź, proszę. Renia od razu usiadła w fotelu i przymknęła oczy. Nie miała ochoty poruszać się. Było jej teraz dobrze i przytulnie w miękkim obiciu fotelu, więc zagłębiła się w nim i czuła się jak kot, który po długich godzinach włóczenia się po deszczu i chłodzie, znalazł nareszcie ciepły kącik na piecu. Przez otwarte okno popłynęły całymi falami zmieszane zapachy rozkwitłych bzów, czeremchy i ogrodowych konwalii. Czuby drzew, zaglądające do piętrowych okien, chwiały się w sennej zadumie, osrebrzone strugą księżycowych promieni. Wiosna płynęła światem, jak oswobodzona z lodowych oków rzeka. Kama z rozmarzeniem usiadła na parapecie okna i oparłszy o nie swoją jasną główkę zapatrzyła się w dół, gdzie wiła się ulica, cicha już o tej porze i senna, jak to zwykle bywa w małych miastach. Ile razy silniej zaszemrał podmuch wiatru, o jasną twarzyczkę Kamy uderzał czuły kłąb namiętnych woni, zmieszanych z sobą w odurzające zjednoczenie. Płomienne i czarne podnoszą się ku oknu. Na jej ustach pojawił się wyraz uśmiechu. Zwykle sprawia Kamie przykrość. — Czy ty myślisz? — denerwuje się Lu... — To jest jakieś usta, które robią takie, byś nie potrafiła śmiać, była bardzo nieszczęśliwa. — Nie, Kamo. Szczęśliwa. Przecież — odpowiada Renia. Tymczasem nie wie: wie. Renia znów się w kąt wykrzywia usta. — Cóż cię tak... Przecież ostatecznie nie jakie takie przykrości. Ciało, nie chodzę boso. — Dosyć, Rena. — Owszem, mogę. Ale po chwili n... starając się wierzyć w... — I tobie to wystarczy. — W zupełności jestem przekonana, że musi być tak bardzo źle...