Dopasowany fragment
eny stół i jego smaczna nadbudówka, a tu 6 pitnie i zgodna czwórka zajechała na ul. Zamkową
Transkrypcja
się z siennika groszowe oszczędności, dołożyło do tego parę złotych zaliczki. Ostatecznie można było za to kupić parę metrów mięsiwa i upiec trochę o'asta. Człek w Wielki Piątek chodził, w nocy śni mu się świąteczny stół i jego smaczna nadbudówka, a tu o świcie dzwonek wali jak na alarm. Przyjechali goście. Wieczorem miejscowi, a w drugi dzień świąt pęta się po pokojach i kuchni cała czerada i węszy za resztkami świątecznych smakołyków. — I żeby Teodorku, można ich jakoś odstraszyć, żeby można się przed ich najściem zabezpieczyć. Ale jak? Wszystkiego próbowaliśmy. Wszystko zawiodło. Pamiętasz, przed czterema laty napisaliśmy do wszystkich, których podejrzewaliśmy, że nas w święta odwiedzą, obraźliwe listy. Pamiętasz? przyszli ze słodkimi uśmiechami, wołając od progu: „Zgoda, zgoda! Staropolskie kochajmy się” — a po- tym wyżarli wszystko do ostatka włącznie. Na następne święta zaopatrzyliśmy się w naszego wszelkiego Reksa. Biedne psisko zdechło marną śmiercią, zatrute przez gości zepsutą kiełbasą, którą przynieśli na przynętę. A goście zrobili wtedy pogrom na kiełbasy i ciasto. A w zeszłym roku myśleliśmy, że ten pomysł z tyfusem nas ocali. I co? przyszli odwiedzić chorych, w myśl chrześcijańskiego obowiązku! Pamiętasz, że zginęły wtedy nawet platerowe sztućce? — Pamiętam, pamiętam! Ale co zrobić, żono nieszczęsna... Nagle pan Teodor zrobił oczy w słup, stękał jakby go paraliż tknął, a potem zaczął rechotać i skakać po pokoju. — Genialny pomysł. Klemciu, genialny! Jutro wyjeżdżamy. Zabieramy bachory i jedziemy do Wieków. — Co, do Lwowa? Taki kawał drogi? A jednak masz rację, pomysł świetny. Kalkulować się to napewno będzie. O kolejowych przygodach objaśnionych dziećmi, prezentami i bagażem małżonków Hupśeków milczą ich rodzinne kroniki. W każdym razie w Warszawie na dworcu wlepił policjant panu Teodorowi piękny mandat karny za obrażanie moralności publicznej. „tajojków”. Żona, której mała córeczka Pimpa, narobiła właśnie sporo kłopotu i nieporządku, zamiast stanąć w obronie męża, nazwała go niedorajdą, kretynem i zdzieliła go parasolką przez głowę. W drodze stosunki rodzinne poprawiły się wybitnie i zgodna czwórka zajechała na ul. Zamkową nr. 6a Tu znowu dźwigać bagaż trzy piętra w górę. Potem przez długi jaki wieczność korzystał. No nareszcie! to tu. Uff — odetchnął z ogromną ulgą pan Teodor. — A teraz patrzymy na twarze Wicków. Puk, puk. Potem dzwonek, potem znowu silniejsze dobijanie się. Za drzwiami głucho. Pan Teodor przyłknął wargi do dziurki od klucza i huknął tubalnym głosem: — Terefere kuku! Nas nie oszukacie. No, otwierajcie tajojki! Za drzwiami głucha cisza. Pan Teodor zaczął się złościć i krzewić się w dziurkę od klucza, że przecież przed nimi, Wickami, nikt w Poznaniu drzwi nie zamykał, że są zmęczeni i żartów im się dawno odechciało. Do stu diabłów! Otworzyć do cholery! — Jeśli myślą, że nas nabiorą, to się grubo ale mylą. Otwierajcie, bo wyważam drzwi. Łupnął pan Teodor potężnymi ramionami, aż poszło echo po korytarzu Drzwi zaczęły już puszczać. Dzieci zaczęły ryczeć. Nagle ktoś pana Teodora ujął delikatnie za ramię. Pan Hupśek odwrócił się i zadrżał. Za nim stał policjant i przygotowywał obrączkę na rękę pana Teodora. Dalej stała stróżka domu i zaczęła właśnie piszczeć: — To złodziej, panie naczelniku. Wyraźny złodziej. Państwo Grajkowi wyjechało, ta oni przez gwałt do mieszkania. Okraść chcieli! Blady, spocony pan Teodor podszedł do cofającej się stróżki i cichym, zmęczonym głosem zapytał: — A dokąd pojechali, pani dozorczyni? — Ta do Poznania! Do jakichś tam Hupśeków, czy ja wiem... Rozległa się silna detonacja. To pani Teodorowa padła zemdlona na ziemię. Jacek Wyrwa nych szlaków XV Sęka ani Mohammeda nie znaleziono, mi- Słońce zaszło i choć archeolog nie mógł zobaczyć tego faktu, jednak był wolny i gdyby go ktoś w tej chwili ujrzał, stwierdziłby, że wcale nie jest w kiepskim humorze. Wręcz odwrotnie! Pociągnął z pękatej butelki whisky i gdyby nie to, że bał się hałasować, zaśpiewałby sobie wesoło. Na fermie nastrój był ponury i przygnębiający. Pani domu w ogóle się nie pokazywała, co wprawiło wszystkich ludzi do miasta w wielkie zaniepokojenie, ponieważ wierzyli oni,